wtorek, 22 marca 2011

Wal śmiało

Ponure korytarze nie zmieniły się prawie wcale. Na ścianach rozpoznaję nawet prace sprzed kilku lat. Każde miejsce przypomina jakąś historię. W duszy uśmiecham się do wszystkich, niezależnie czy wówczas było mi do śmiechu. Mijam znajomą postać, wykładowca z 3-go roku. Twarz jakby trochę poszarzała, bardziej zmęczona. Przy długich, drewnianych stołach i na kamiennych posadzkach siedzą grupy studentów.Tak jak kiedyś, z tą różnicą, że arkusze papieru zamieniły się w laptopy. Zazdroszczę Im, bynajmniej nie nowego narzędzia pracy. Kilka spojrzeń uświadamia mi, że nie mogę tak stać i gapić się bez końca. Ok, w bufecie jeszcze mnie nie było.

- " Zupę szczawiową poproszę."
  Fuck, moja Promotor ! I co teraz ?  Nie jestem gotowy na pogawędkę w stylu :
- O witam, a co Pan tu robi ?
- Dzień dobry, a tak jakoś mnie wzięło. Zwiedzam stare graty i myślę sobie
  jak bardzo spieprzyłem ten piękny czas. A co u Pani ?

Krok w tył, szybki obrót na pięcie i jestem w miarę bezpieczny. Niestety zamiast  przedłużenia sentymentalnej podróży i skonsumowania pierożków ruskich w uczelnianej stołówce, muszę wziąć coś na wynos i możliwie szybko zniknąć.
- Bułkę z szynką poproszę i tymbark wiśniowy.

Wychodząc mijam kolejną grupę młodych i ślicznych dziewczyn. Przypominają mi się wszystkie niespełnione, studenckie miłości, marzenia, ideały. Ależ człowiek był głupi, trzeba było... Siadam na ławce naprzeciwko wejścia, na której przez te pięć lat spędziłem niemało czasu. Słońce przyjemnie grzeje, bułka smakuje jak za starych, dobrych czasów. Otwieram butelkę, napis na kapslu brzmi :
" Wal śmiało "

Że też wtedy nikt mi tak mądrze nie poradził.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz