sobota, 19 listopada 2011

Sarenka

Sarenka powoli wychodziła z lewej strony. Spojrzała na moje zbliżające się światła i nic. Kiedy zacząłem hamować nie zmieniła kroku i nadal równym tempem sobie szła. Leciała dużo szybciej i dość daleko jak na sarnę - jakieś 2 metry w górę i 10 w przód. Chwilę siedziałem bez ruchu i patrzyłem. Ruszały się głównie Jej nogi, takie drgawki miała. To kretyńskie, ale bałem się wysiąść. Kiedy już mi się udało, nie potrafiłem do Niej podejść. Kolejne światła wyłoniły się zza górki, machałem, ale kierowca nie zrobił nic. Tym razem nie leciała w górę tylko rozciągnęła się na kolejnych kilku metrach asfaltu, zostawiając za sobą czerwone mazy.

- Nic Panu nie jest ?
- Nie, wszystko ok, tylko Ona. Chyba trzeba wrzucić Ją do rowu, żeby kolejny w Nią nie wjechał i w ogóle.
- Ok.
- Teraz będzie trochę trudniej niż przed chwilą.
- No tak.

Jakimś cudem głowę miała całą a mózg w środku i nie rozleciała się bardziej kiedy wrzucaliśmy Ją do rowu. Facet pojechał, a ja robiłem siku rozglądając się w ciemnościach i myślałem czy zaraz nie przyjdzie Jej rodzina i mnie nie zje. To głupie, przecież sarny nie są mięsożerne i chyba niespecjalnie mściwie.
Poza tym to normalne, że czasami ktoś kogoś zabije.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz