wtorek, 13 grudnia 2011

O wypadaniu

Odkąd jeżdżę do pracy tramwajem, mam więcej czasu żeby pomyśleć. Trochę o moim życiu, trochę o niczym, w sumie pokrewne tematy. To chyba przesuwający się za oknem krajobraz wprawia mnie w stan chwilowej zadumy. Można też nazwać to osłupieniem, albo po prostu przysypiam. W każdym bądź razie te nostalgiczno - senne uczucie jest całkiem przyjemne. Dziwne, bo zazwyczaj kiedy myślę o swoim życiu, ściska mnie w gardle i robi mi się niedobrze. Znacznie mniej się denerwuję niż jadąc autem, bo wtedy jedną połowę kierowców muszę wyprzedzić, a drugą zbluzgać. Nic to nie daje, ale zawsze tak robię.

Są też minusy jazdy mpk. Trzeba jakoś znieść tłum ludzi, ich ciężki zapach i głośne rozmowy. No i zawsze obok mnie usiądzie jakaś stara, gruba baba. Ładna, młoda - nigdy.

Najbardziej stresuje się jednak, gdy wiozę ze sobą obiad. Co prawda jest zapakowany w pudełko, szczelnie zawinięty w reklamówkę i wepchnięty na dno torby, jednak niezmiennie wprawia mnie to w zakłopotanie. Raz, że torba wygląda brzydko - jest nienaturalnie wypchana, gdyż obiad musi leżeć na płask. W pionie, bokiem jakoś może było by lepiej, ale wtedy mogłoby coś wycieknąć. O konsekwencjach nawet nie chcę myśleć. Dwa - boję się, że zapach przedrze się przez kolejne zabezpieczenia, w rezultacie czego wokół mnie będzie unosiła się np. delikatna nuta pulpecików w sosie koperkowym. To by może wyjaśniało brak towarzystwa młodych dziewczyn.
No i przede wszystkim boję się, że to wszystko wypadnie na podłogę. Katastrofa jakaś. Już widzę, jak pulpeciki jeden po drugim wylatują z torby i toczą się pomiędzy nogami ludzi na drugi koniec wagonu. Rzucam się za nimi chcąc wszystkie szybko i bezszelestnie wyłapać, pozostając niezauważonym. Niestety jest to niemożliwe. Pulpeciki jak na złość przetaczają się w coraz trudniej dostępne miejsca, pod siedzenia, pod płaszcze ludzi, przez otwierające się drzwi wpadają na kolejnych wchodzących do tramwaju pasażerów. Bezsilny i wściekły zamieram w bezruchu a ludzie z pogardą, drwiną i tym cholernym uśmieszkiem patrzą na mnie.

Wszyscy. Jakby nikomu, nigdy, nic nie wypadło.

1 komentarz: