czwartek, 17 maja 2012

Powódź

Powódź była jakieś dwa i pół roku temu. Woda zalała dwa piętra, drewniane stropy, wszystko stare i dziurawe. U mnie w zasadzie szkody były chyba najmniejsze, łazienka w płytkach nie ucierpiała w ogóle, bardziej pokój, do którego spływała cała woda. Najgorzej było tuż pod drzwiami łazienki, panele rozeszły się, uginały i jęczały. Starałem się omijać to miejsce, ale nawet nie wchodząc na nie, sama świadomość skrzypiącego i gnącego się kawałka podłogi potwornie mnie denerwowała.

To wtedy przyjechała. Koniec roku, krótkie dni, długie, bezsenne noce, potworne mrozy. Strach, rwane spojrzenia, cisza niewypowiedzianych pytań i huk niewykrzyczanych żali. Odległość nie do pokonania.

Dzisiaj spróbowałem. Najpierw ściągnąłem jeden panel. Okazało się, że pod spodem jest zapleśniała, korkowa mata. Zerwałem kolejne. Pod matą znalazłem spękany beton. Skułem spory kawałek, odsłaniając szlam. Kiedy wybrałem cały syf pokazała się drewniana belka, kompletnie spróchniała i przegniła. W niej wielki, zardzewiały gwóźdź. Próbowałem go wyjąć, ale nie dałem rady. Został tam.

Nie wiem jak to naprawić. To już tyle czasu. W ogóle nie radzę sobie z powodziami.