środa, 30 stycznia 2013

Zabiegi skończyły się jak zwykle koło 10-tej. Nadal było cholernie zimno, o czym przekonałem się już kilka kroków za drzwiami. Nie było mi łatwo namówić się do czegoś zdrowego kosztem fast fooda. Wytrzymałem jednak przenikliwe spojrzenie gorącego mega pocketa i wybrałem małą, wegańską knajpkę, którą niedawno odkryłem. Ku mojemu zaskoczeniu byłem bardzo zadowolony z pierwszej wizyty - nie dość, że mi smakowało, to jeszcze się najadłem ! Tym razem zamówiłem zupę dyniową. Gęsty, aromatyczny krem wypełniał po brzegi głęboką miskę a pomarańczowy kolor był aż nienaturalnie intensywny. To ponoć zasługa specjalnej odmiany dyni - hokkaido. W lokalu byłem sam, co bardzo mi odpowiadało. Nigdzie się nie spieszyłem i o niczym nie myślałem. To równie piękny co rzadki stan umysłu. Powoli kosztowałem wyśmienitego posiłku przewracając kolejne strony książki. Pan Johnnie Walker, w niemej asyście Pana Nakaty, obcinał głowę i zjadał serce kolejnego kota. Kiedy doszło do Panny Mimi staruszek nie wytrzymał. Chwycił za nóż i zadźgał Pana Johnniego Walkera, na Jego własne życzenie zresztą.

Uczucie rozlewającego się po żołądku ciepłego posiłku i ciszy wokół było wyjątkowo przyjemne. Blat, przy którym siedziałem dzieliła od ulicy jedynie wielka zaparowana szyba. Przetarłem dłonią wąski pasek na wysokości oczu. Niczego więcej nie potrzebowałem.

środa, 2 stycznia 2013

Myślę o tym co było i co będzie. Jutro, pojutrze i później. I jeszcze później, tak, że już bardziej się nie da. Jest to równie głupie, co stresujące.
To niesamowite, że myśli nie mają żadnych ograniczeń. Bywa również, co gorsza w rzeczywistości, przerażające.